When I was leaving

Gdy wyjeżdżałam nie wiedziałam jeszcze, że ta podróż okaże się nie tylko wycieczką do jednego z wymarzonych miejsc na świecie, a początkiem zupełnie nowego etapu w życiu, przemianą.

Na niewielkim lotnisku w Essaouirze przywitał mnie portret marokańskiego króla Mohammeda, mozaiki i palmy. Zorientowałam się, że najbliższy autobus z portu lotniczego do miasteczka odjeżdża za cztery godziny. Ludzie kłębili się w holu, śniadzi taksówkarze wykrzykiwali coś w niby francuskim języku, wszyscy byli zbici w grupki, podróżowali w parach lub z większych ekipach a ja wybrałam się w ten afrykański rejs sama ze swoją fioletową walizką i poczułam się trochę nieswojo. Nagle jak spod ziemi wyrósł przy mnie bardzo brytyjski blondyn.

Tak mógłby się rozpocząć wakacyjny romans, jednak w tej historii romansu nie będzie. Spotkanie dwojga ludzi kończy się czasem po prostu wspaniałymi popołudniami przy miętowej herbacie i niekończącymi się konwersacjami o podróżach, książkach, jedzeniu, filmach. Z Craigiem spędziłam kilka dni. Dla niego Maroko było tylko pierwszym przystankiem w ponad półrocznej podróży od Afryki do Azji. Dla mnie pierwszą samodzielną wyprawą poza kontynent, do kraju, który mnie fascynował i zachwycał. W ciągu dnia Craig pracował w swoim hotelu, był copywriterem, a ja w swoim korzystałam z zasłużonych wakacji: rano ćwiczyłam jogę, jadłam pyszne, powolne śniadanie po którym wylegiwałam się na tarasie, czytałam przewodniki albo wyruszałam na wędrówkę po plaży czy wspinałam się na stare francuskie fortyfikacje aby z ich wysokości kontemplować błękit oceanu. I nieba. W Maroko niebo ma zupełnie inny odcień niebieskiego. Wieczory spędzaliśmy razem zagłębiając się w wąskie, kamieniste uliczki tego nadmorskiego miasteczka, zwiedzaliśmy małe knajpki gdzie obowiązkowo zasiadaliśmy przy dzbanuszkach miętowej herbaty ze świeżych listków mięty, osłodzonej kostką cukru – napoju, który całymi dniami sączyli tubylcy. Nawet gdy wybrałam się na konną wycieczkę na pustynię z przewodnikiem, podczas postoju w małej oazie, zostałam poczęstowana taką herbatą, a nie wodą, choć upał był niemiłosierny. Doskonale koiła pragnienie.
Trafiliśmy do Cafe des Arts. Dwupiętrowa wąska kamieniczka z wyjściem na dach, ze ścianami obwieszonymi nieco psychodelicznymi obrazkami malowanymi przez właściciela lokalu, z wieczorami wypełnionymi muzyką na żywo, z zapachem pysznego tagine i sprzedawanym poza menu nielegalnym w tym kraju lokalnym winem. Chłonęłam to wszystko każdą komórką skóry, każdym zmysłem. W ciągu dnia naturę, słońce, fale oceanu, szum wiatru, zapach powietrza zupełnie inny niż na naszym kontynencie, kolory ulicznych straganów pełnych tkanin i dywanów.

Chodziłam w długiej zwiewnej sukni i cienkim szalu na głowie pod stopami mając piasek lub rozgrzane słońcem gładkie kamienie. Wieczorami wyłapywałam dźwięki muzyki, głośnych rozmów i zapachy jedzenia, ludzi, ten zgiełk wieczorny który zamieniał się płynnie w leniwość na poduszkach w herbaciarni i ten najbardziej kiczowaty ze wszystkich widoków: wielbłądy na tle zachodzącego słońca.

Podróżowałam wcześniej trochę, w dzieciństwie z rodzicami, później z przyjaciółmi lub sama. Jednak zawsze były to wyprawy po Polsce albo na południe czy północ Europy, pasjonujące i piękne ale nie tak bardzo inne od tego, czego mogłabym doświadczyć u siebie. W Afryce wszystko okazało się inne, czas płynął tam wolniej, powietrze było gęstsze i pachnące, ludzie szczerzy i przyjaźni. Poczułam, że co innego jest tam ważne, życie samo w sobie a nie ten pęd, bieg szalony z domu do pracy, z pracy do domu i raz w roku na wakacje. Ciągle szukam swojej drogi i mam nadzieję, że jeszcze mnie na ten czarny kontynent przywiedzie.

Po Essaouirze przyszła pora na podróż do Marrakeszu. Od czasu gdy obejrzałam film z Kate Winslet „Hideous Kinky” (W stronę Marrakeszu), o młodej matce podróżującej po Maroko z dwoma małymi córeczkami w poszukiwaniu siebie i sensu życia, bardzo chciałam tam dotrzeć. Jednak już po opuszczeniu autobusu przed murami miasta byłam przerażona. Ten ogrom ludzi, zgiełk, pisk, miejski żar, skutery pędzące po wąskich pieszych uliczkach, chciałam wracać do opuszczonej kilka godzin temu „oazy” nad Oceanem. Trzy dni zaplanowane w tym mieście jawiły mi się jako koszmar. Ale to tutaj spróbowałam przyjemności hammamu – arabskiej łaźni i cudownie oczyściłam ciało okładając je marokańskim czarnym mydłem, wmasowując olejek araganowy w każdy centymetr skóry, i w tych oparach i wonnościach oczyścił się także mój umysł z nagromadzonych szarych myśli i lęków. Po wyjściu z łaźni miasto przestało mnie przytłaczać, potrafiłam odciąć się od wszechobecnego hałasu i zaczęłam rejestrować jedynie uroki stolicy. Chociażby bociany mieszkające licznie w swych gniazdach na murach pałacu Al Badi. Była połowa września, musiały więc przylecieć z Polski do Maroko krótko przede mną.

Pierwsze zdjęcie jakie zrobiłam na marokańskiej ziemi to portret małej, może dwu letniej, śniadej dziewczynki bawiącej się przed błękitną bramą na kamiennej uliczce. Teraz uważam to za pewne przeczucie, znak. Wyjeżdżając, nie wiedziałam jeszcze, że jestem w ciąży i, że za dziewięć miesięcy pojawi się na świecie inna mała dziewczynka – moja córka, rozpoczynając całkiem nowy, chyba najważniejszy etap mojego życia.

2 thoughts on “When I was leaving

  1. Po tym wpisie zatęskniłam do podróży.
    Piękny, jakże barwny wstęp.
    Pragnę czytać dalej, więc czekam… 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.