Life before kids

Dziś o rzeczy dla mnie bardzo ważnej. Może dla Was również. O ograniczeniach jakie narzuca nam macierzyństwo. Czy cierpimy z tego powodu i jak bardzo? Czy nie zwracamy na to uwagi w imię rodzicielskiej miłości? Czy są to realne ograniczenia, czy raczej normy społeczne, które ciężko przekroczyć? Powiem Wam jak ja to czuję i odbieram, a potem chętnie wysłucham co macie mi na ten temat do powiedzenia.

Jako samodzielna mama być może trochę mocniej wspomniane ograniczenia odczuwam. Są rzeczy sprzed etapu o nazwie „Macierzyństwo”, za którymi tęsknię bardzo: bieganie, kino, koncerty jazzowe, wieczorne picie wina w babskim gronie, spontaniczne wypady do innego miasta w celu zobaczenia jakiejś wystawy lub nad morze po to tylko, aby przejść się boso po plaży. Staram się podążać za ideą: „z brzdącem wszędzie”, jednak czy zawsze jest to możliwe? Rozłóżmy to na części pierwsze.

Bieganie. Brakuje mi go bardzo i cierpię. Zawsze biegałam wieczorami, a o tej porze dnia jestem z Sarą w domu i nie mam jej z kim zostawić. W teorii mogłabym biegać rano, po odstawieniu dziecka do żłobka, jednak wtedy siadam do pracy. Mogłabym zacząć pracę godzinę później, ale wtenczas kończyłabym ją też później, a dziecię zostawało by dłużej w placówce i miałabym wyrzuty sumienia. Do tego nie jestem typem biegacza porannego. Odpada. Czekamy aż dziecię podrośnie na tyle, by mogło zostać samo w domu (jakieś 8 lat?).

Kino. Jestem, a raczej byłam, kinomanką. Kino raz w tygodniu było normą, śledziłam premiery, uwielbiałam kina studyjne i kameralne europejskie produkcje, małe festiwale (te duże raczej mnie przytłaczały), był nawet czas, kiedy planowałam zostać reżyserką (!). Prawie do końca ciąży byłam stałą bywalczynią bydgoskiego Kina Orzeł, jedynego z małych kin w tym mieście, które przeżyło atak multipleksów. Teraz celowo nie przeglądam repertuarów aby nie żałować. Przyznam, że od czasu kiedy jestem mamą wymknęłam się do kina raz. Podczas dnia pracy, kiedy Sara była w żłobku, a ja nie miałam dużo do zrobienia. Seans w samo południe. Nie miało większego znaczenia co to za film, była to akurat całkiem przyjemna amerykańska produkcja z przygodą i miłością, sam pobyt w kinie po tak długiej przerwie był małą nirwaną! W niektórych miastach Multikino organizuje specjalne seanse dla mam z małymi dziećmi, bardzo chciałabym aby ta opcja była dostępna wszędzie.

Koncerty jazzowe. Lubię jazz, szczególnie na żywo. Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie aby zabrać dziecię do klubu jazzowego, znam nawet właścicielkę jednego, która sama ma małe dzieci i zaprasza. Nic, oprócz pory spania. Bo koncerty zaczynają się kiedy moja córka jest już w łóżku. Powiem Wam, że kusi mnie często, aby przeciągnąć tą porę spania i zabrać Sarę na wieczorek muzyczny, jeśli będzie marudzić, wrócimy do domu, a może spokojnie zaśnie sobie na klubowej kanapie? Zrobilibyście to na moim miejscu? Czy powstrzymałaby Was wizja złowrogich spojrzeń dorosłych, którym towarzystwo maluchów w lokalu jest nie w smak? Czuję, że w końcu i tak się tam wybierzemy. Oczywiście uczęszczam z Sarą na koncerty przeznaczone dla dzieci i też mam z tego przyjemność, ale wieczór w jazz clubie to jedyna w swoim rodzaju magia.

Wieczorne picie wina w babskim gronie. Cóż. Tu nie ma co się rozpisywać. Zawieszone do odwołania i tyle. Może organizm ucieszy się z dłuższego detoksu.

Wypady do innego miasta, nad morze. Jak się dobrze nad tym zastanowić to wszędzie można jechać z dzieckiem. Jedynie trzeba się lepiej przygotować i czeka nas więcej dźwigania. Chyba, że latorośl odmawia siedzenia w foteliku samochodowym lub nie akceptuje jazdy pociągiem. Wtedy faktycznie jesteśmy ograniczeni. U nas pociąg się sprawdza. Oraz chusta, obecnie nosidło. Ostatnio byłyśmy z Sarą na wystawie Fridy Kahlo w Poznaniu, cała wycieczka bardzo udana. Czy dla Was podróżowanie z dzieckiem jest kłopotem?

Koniec listy cierpień matki, właściwie za długa ona nie jest. Poza tym konkluzja jest taka: w obliczu cudów rodzicielstwa, tej bezwarunkowej miłości, którą jesteśmy obdarzani przez małą istotę każdego dnia, o tych ograniczeniach przypominamy sobie naprawdę rzadko. Może i nie możemy już chodzić do kina, ale za to stoją przed nami otworem całkiem nowe atrakcje. Moją ulubioną jest: odkrywanie świata na nowo. O tym odkrywaniu i jego urokach na pewno niebawem napiszę.

Jest coś za czym tęsknicie sprzed ery rodzicielskiej, a obecnie nie możecie tego realizować? Czy wręcz przeciwnie, pojawienie się dzieci otworzyło Wam drzwi na świat?

3 thoughts on “Life before kids

  1. Aga, wiele razy rozmawialiśmy z Tomkiem na temat, który poruszyłaś. I choć chyba najbardziej brakuje nam wylegiwania się do pozna w weekendy czy wyjść do kina, to wraz z pojawieniem się dziecka wszystko inne… kliknęło, wskoczyło na właściwe tory. Maluch zmobilizował nas do działania, ja zaczęłam studia- i radzę sobie całkiem niezłe- a o czym wcześniej nawet nie myślałam grzejąc się w korporacyjnym ciepełku. Organizacja życia rodzinnego jest na poziomie masters! Więcej i zdrowiej gotujemy, przestałam trwonić czas na pierdoly- bo każda „wolna” chwila jest na wagę złota. Dużo bym mogła wymieniać… Nie wspominając już o bezgranicznej miłości, która daje dziecko. To uczucie, ze jesteśmy dla niej całym światem, a każda nowa umiejetność to przeogromna radość i duma. Trudno, pośpie dłużej na emeryturze 😉

    1. Amica, w zupełności się zgadzam. Ta wygoda życia bez dziecka nic nie jest warta w porównaniu z bezgraniczną miłością, jedyną w swoim rodzaju, rodzic – dziecko. Co do spania, to bez obaw, myślę, że już nastolatkę będzie ciężko wyciągnąć z łóżka 😉 Wtedy pośpimy! Mi tylko bardzo brakuje takiej możliwości zadbania o siebie, o swoje zdrowie i formę: pobiegania, chodzenia na jogę – bez ćwiczeń czuję się źle, wszystko mnie boli, ale wiem, że ten problem nie występuje przy dwojgu rodziców, bo zawsze tata może zostać z dzieckiem jak mama idzie pobiegać/poćwiczyć (i odwrotnie). Póki co próbuję zorganizować sobie pracę tak, abym mogła ćwiczyć kiedy Sara jest w żłobku. Może się uda!

  2. Mi również brakuje bardzo kina! Podczas ciąży często chodziliśmy, i najczęściej do Kina Orzeł 😊 Brakuje mi też spontanicznych spotkań ze znajomymi, lub z przyjaciółką na kawę…już nie mówiąc o wyjeździe do innego miasta!
    Mam wrażenie że cały swój „wolny” czas przed narodzinami synka spędzałam na nic nierobieniu. Tylko praca i odpoczynek i tak mijał tydzień po tygodniu. Niby mogłam robić wszystko na co miałam ochotę, ale tego nie robiłam. Nie wiedziałam, że będąc mamą docenię każdą wolną chwilę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.